2012-02-03 uzależniony od adrenaliny
Multiinstrumentalista sportu uzależniony od adrenaliny Były narciarz i motocrossowiec, niedoszły żużlowiec, uczestnik Rajdu Dakar, człowiek, który ujarzmił auto mocniejsze niż bolid Formuły 1, a przy tym najbardziej utytułowany zawodnik w historii Wyścigowych Samochodowych Mistrzostw Polski - Maciej Stańco. Mniej więcej w połowie minionej dekady, nim Robert Kubica zdążył rozpanoszyć się w Formule 1, był jedynym polskim kierowcą wyścigowym udzielającym się w mistrzostwach o światowym znaczeniu, startując w FIA GT oraz Le Mans Endurance Series. Piotrek Magdziarz: Luc Alphand i John Surtees. Z czym kojarzysz tych ludzi? Maciej Stańco: Z narciarstwem alpejskim. Po części słusznie. Alphand był narciarzem zanim został kierowcą. Ale
Dowiedz się więcej 0
2012-02-03 uzależniony od adrenaliny
Multiinstrumentalista sportu uzależniony od adrenaliny
Były narciarz i motocrossowiec, niedoszły żużlowiec, uczestnik Rajdu Dakar, człowiek, który ujarzmił auto mocniejsze niż bolid Formuły 1, a przy tym najbardziej utytułowany zawodnik w historii Wyścigowych Samochodowych Mistrzostw Polski - Maciej Stańco. Mniej więcej w połowie minionej dekady, nim Robert Kubica zdążył rozpanoszyć się w Formule 1, był jedynym polskim kierowcą wyścigowym udzielającym się w mistrzostwach o światowym znaczeniu, startując w FIA GT oraz Le Mans Endurance Series.
Piotrek Magdziarz: Luc Alphand i John Surtees. Z czym kojarzysz tych ludzi?
Maciej Stańco: Z narciarstwem alpejskim.
Po części słusznie. Alphand był narciarzem zanim został kierowcą. Ale Surtees zanim zajął się wyścigami samochodowymi startował na motocyklu. Podobne przykłady można mnożyć. Co łączy te dyscypliny sportu i dlaczego tak wielu zawodników zamienia narty lub motocykl na samochód?
- Ze względów fizycznych samochodem można się ścigać zdecydowanie dłużej niż motocyklem, podobnie jest z narciarstwem alpejskim, które wymaga od zawodnika bardzo dobrego przygotowania fizycznego. Sport samochodowy ma to do siebie, przynajmniej jeśli chodzi o samochody turystyczne czy GT, że można ścigać się do - powiedzmy - pięćdziesiątki. Jeśli ktoś przestaje jeździć na nartach czy ścigać się motocyklem, w związku z tym, że przez całe życie zajmował się sportem, trudno mu z dnia na dzień zaprzestać wszelkich działań i szuka czegoś innego. A są to takie dyscypliny, które wiążą się z dużymi prędkościami i adrenaliną.
Miałeś też epizod związany z żużlem.
- To był naprawdę krótki epizod. Znamy się z Tomkiem Gollobem i kiedyś zostałem zaproszony do Bydgoszczy na stadion żużlowy. Pojechaliśmy we trójkę, z Maćkiem Wróblem i Sebastianem Krywultem. Z racji tego, że wszyscy jeździliśmy na motocyklach i wszyscy nieźle jeździliśmy na motocyklach, to dość szybko załapaliśmy o co chodzi. Jazda jest dość specyficzna, nie ma hamulców i troszkę dziwnie to wygląda. Po pierwszych paru okrążeniach moja żona uciekła ze stadionu, bo myślała, że się pozabijamy. Padła nawet propozycja, żeby ścigać się na żużlu, ale wiązało się to z przeprowadzką do Bydgoszczy i powiedziałem "nie". Aczkolwiek gdybym miał jeszcze raz 18 czy 20 lat, to pewnie zacząłbym jeździć na żużlu, a samochody bym sobie zostawił na później. Żałuje, że nigdy się tym nie zająłem. Jeździłem na motocrossie, a nie jeździłem na żużlu z racji tego, że nigdy nie trafiłem do klubu żużlowego. Pochodzę z Bielska-Białej, a najbliższy klub żużlowy był w Rybniku.
Skąd pomysł, aby zająć się wyścigami samochodowymi?
- Startowałem w Stanach na motocrossie na stadionach. Jak wróciłem do kraju, nie za bardzo wiedziałem co ze sobą zrobić. Wsiadłem na motocykl, próbowałem jeździć w Polsce, ale z racji tego, że przez kilka lat nie jeździłem, bo doznałem dość poważnych kontuzji, to też się to nie za dobrze skończyło - paroma złamaniami. Stwierdziłem, że już nie te lata, żeby się łamać. Najpierw w ogóle przestałem uprawiać sport, ale nie dawało mi to spokoju i stąd, przez kolegę, trafiłem do samochodów. Na początku było to absolutne hobby, po trzech latach przekształciło się w profesjonalne ściganie, a teraz jest to sposób na życie. Musiałem zostawić wszystkie interesy, które miałem w planie robić, ale to nie przyszło mi trudno, bo całe życie uprawiałem sport.
Jakie doświadczenie określiłbyś jako najbardziej niesamowite w karierze?
- Dakar. Jest to tak specyficzną imprezą, że jak ktoś był raz, to na pewno nie zapomni tego do końca życia. O Dakarze można opowiadać godzinami. Ja mam nadzieję, że jak będę chodził o lasce, to będę opowiadał o tym swoim wnukom. Byłem tam tylko raz, nigdy nie poskładało się tak żebym znalazł sponsora i mógł pojechać jeszcze raz. Na jeden start w Dakarze musiałbym przeznaczyć całosezonowy budżet z wyścigów, a imprezę można zakończyć na przykład trzeciego dnia.
Co więc jest największym sportowym marzeniem, kolejny start w Dakarze czy 24 godziny Le Mans?
- Pewnie jedno i drugi. Na Dakarze już byłem, więc może w pierwszej kolejności chciałbym pojechać w Le Mans. Natomiast Dakar na zawsze pozostanie we krwi, bo jest to przeżycie, którego nie można kupić za żadne pieniądze. Ścigam się na co dzień, więc moim marzeniem jest na pewno pojechanie Le Mans. Tyle tylko, że jest to następna impreza, która pochłania podobny budżet jak Dakar, a może nawet większy, jeśli chce się pojechać dobrym sprzętem.
Konkurent z WSMP Miro Konopka zaliczył kilka razy Le Mans. Czy to dodatkowo podsyca chęć uczestnictwa w tym wyścigu?
- W pewnym sensie mu zazdroszczę. Le Mans jest wyścigiem jedynym w swoim rodzaju i też chciałbym tam pojechać. Zwłaszcza, że żaden Polak jeszcze w Le Mans nie startował.
W zespole Andrzeja Dziurki zaliczyłeś kilka wyścigów ETCC, serii która z czasem przerodziła się w WTCC. Jak wspominasz te wyścigi?
- To był sam początek mojej kariery, byłem zupełnie zielony. Jeździłem Alfą Romeo 155 odkupioną od Andrzeja, który przesiadł się do Audi A4. Wtedy jeździły już Alfy 156, więc samochód ten zdecydowanie odbiegał od reszty aut, które się tam ścigały. Natomiast na pewno były to fajne wyścigi i do dnia dzisiejszego są to fajne wyścigi. Aczkolwiek ja jestem zwolennikiem samochodów GT, mnie zawsze pasjonowały mocniejsze, szybsze auta.
Przeglądając numery miesięcznika "Auto Sport" sprzed kilku lat, trafiłem na informację, że zapisałeś się w historii polskich wyścigów jako kierowca, który używał najmocniejszego samochodu. Robert Kubica jeździ w Formule 1 w erze silników V8, których moc szacuje się na jakieś 750 KM. Sześciolitrowy silnik Marcosa Mantara LM600, którym miałeś okazję startować kilka lat temu, rozwijał większą moc.
- Ciężko stwierdzić, czy był to najmocniejszy samochód, choć w wyścigach płaskich podejrzewam, że tak. Samochód ten miał 850-870 KM i około 950 Nm, więc był to naprawdę potwór. Jeden z wyścigów zakończył się dla mnie pechowo, wylądowałem w barierze i dość mocno rozbiłem ten samochód. Jeździłem jeszcze ciężarówką, która miała 1300 KM. Zostałem zaproszony na testy, a MAN miał wejść w sponsoring całego przedsięwzięcia i miałem jeździć w mistrzostwach Europy ciężarówek, ale plany spaliły na panewce.
Jeździłeś wieloma samochodami. Który z nich był najlepszy?
- Chyba Saleen. Naprawdę sprawiał wiele frajdy. Pamiętam, jak po dłuższym czasie oczekiwania, pojechałem na pierwsze testy tego samochodu do Oschersleben. Auto podstawił zespół Konrad Motorsport. Jak wysiadłem z samochodu, to bardzo cieszyła mi się buźka i powiedziałem Franzowi Konradowi, że warto było czekać na ten samochód. Po czym go nabyłem. Jednak w przypadku Saleena można było wygrać mistrzostwa Polski jadąc tyłem, dlatego później z niego zrezygnowałem. Porsche 911 GT2 też było rewelacyjnym samochodem.
Ulubiony tor?
- Zawsze ulubionym torem jest ten, gdzie się zdobywa dobre wyniki, aczkolwiek startowałem kiedyś na A1-Ringu i wydaje mi się, że to był mój ulubiony tor. Obiekt był przez dłuższy czas zamknięty. Fajnym torem jest Most, nie lubię specjalnie Brna (jedna część toru mi leży, druga mi nie leży), a Poznań jak to Poznań - można jechać z zamkniętymi oczami.
Jak oceniasz sytuację polskich wyścigów?
- W Polskich wyścigach skończyła się era budowania samochodów w stodole. Pierwszym człowiekiem, który do wyścigów sprowadził porządny samochód był Andrzej Dziurka, on był prekursorem. W tej chwili (w Poznaniu ? przyp. red.) na czasówce jeździmy na poziomi 1:31. Parę lat temu jak ktoś zszedł poniżej 1:40 to był sukces. Wszystko tak poszło do przodu, że w tej chwili nie da się zrobić kolejnego kroku naprzód bez zaplecza, inżynierów, technologii itd.
Większość profesjonalnych serii wyścigowych opiera się na tym, że samochody są zbliżone pod względem osiągów, przynajmniej w założeniu. U nas można startować niemal wszystkim, co ma cztery koła. Czy polskim wyścigom nie zrobiłoby dobrze, gdyby regulaminy były mniej liberalne? Można by na przykład pozostawić kategorię GT3 jako najszybszą, zakazując startów samochodom GT1. Kilka lat temu z RSMP wyłączono auta WRC i dzięki temu polskie rajdy odżyły.
- Postawienie na samochody GT3 - przy tej frekwencji, jaką mamy - może po paru latach napędziłoby polskie wyścigi, ale obawiam się, że w momencie wprowadzenia takiej regulacji, zabiłoby je, więc ciężko powiedzieć. DTM-y mają być wyeliminowane, zresztą zgodnie z przepisami FIA od 2008 roku nie powinny w ogóle z nami jeździć. Natomiast w związku z tym, że we wschodniej Europie wyścigami rządzą panowie Charouz i Maderyc, z których każdy ma kilka takich aut, to przepychają te samochody, a reszta przymyka oczy. My patrzymy się na Czechów i staramy się do nich dostosować, co moim zdaniem jest błędem. Owszem, motorsport w Czechach czy na Słowacji stoi na dużo wyższym poziomie, ale nie możemy się na nich patrzeć, bo oni maja nas gdzieś. Klasy GT2 i GT3 bardzo się do siebie zbliżyły, a jeżeli znajdzie się jakiś samochód GT1, to ja bym nikomu nie zabraniał tym samochodem jeździć. Jest to jakieś uatrakcyjnienie, a ludzie chcą zobaczyć na torze coś innego, a nie to, co widzą codziennie na ulicy.
Autor: Piotrek Magdziarz